Przez dziesięciolecia mój oryginalny akt urodzenia pozostawał zamkniętym, zakazanym dokumentem, który celowo ukrywał moją tożsamość. Urodzona w 1977 roku, dorastałam w cieniu historii, której nigdy nie pozwolono mi uznać za swoją. Nie był to tylko błąd biurokratyczny, ale celowa konsekwencja „ery dzieci na sprzedaż” trwającej od lat 40. do 70. XX w., kiedy młode matki zmuszane były do porzucania noworodków, często pod pretekstem wstydu i moralności religijnej.
Koszty psychologiczne tych wymuszonych separacji były ignorowane przez pokolenia, pozostawiając niezliczone dzieci z czymś, co obecnie jest rozumiane jako „trauma przedwerbalna” – rana osadzona w możliwości jej wyrażenia. Przejawia się to w obsesyjnych problemach z przywiązaniem, głęboko zakorzenionym lęku przed porzuceniem i zniekształconej samoocenie. Pomimo stabilnego wychowania w pieczy zastępczej doświadczyłam chronicznego lęku, depresji i wszechogarniającej pustki. Brak wczesnego przywiązania pozostawił niewidzialną wrażliwość, która ukształtowała całe moje życie.
Chociaż rodzicielstwo zastępcze zapewniało stabilność, zasiało także ziarno nieuniknionej straty. Nagła śmierć mojej adopcyjnej matki, gdy byłam nastolatką, tylko wzmocniła ten strach. Późniejsze lata spędzone w pełnym przemocy małżeństwie tylko to potwierdziły: porzucenie nie było jednorazowym wydarzeniem, ale powolną erozją bezpieczeństwa i przywiązania. Doprowadziło to do nadużywania substancji psychoaktywnych jako desperackiej próby stłumienia ciągłego oczekiwania na porzucenie.
Minęły dziesięciolecia autodestrukcyjnych wzorców, zanim trzeźwość i terapia ujawniły prawdę: moja wczesna trauma zakorzeniła się. Śmierć mojego ojca wywołała falę żalu nie tylko dla niego, ale także dla biologicznej matki, której nigdy nie znałem. Schemat straty trwał nadal, a każde powtórzenie utwierdzało w przekonaniu, że porzucenie jest nieuniknione.
Niedawna zmiana w przepisach dotyczących pieczy zastępczej w Minnesocie umożliwiła mi wreszcie dostęp do moich oryginalnych aktów urodzenia. Zapieczętowany dokument ujawnił surową prawdę: imię mojej matki, jej rysopis i pustą linię w miejscu, w którym powinna znajdować się moja tożsamość. Nie rozpoznano mnie nawet jako „dziecka” – pustka tam, gdzie powinien być mój początek.
Dalsze badania odsłoniły fragmenty jej życia: kobietę żyjącą na marginesie, wykonującą prace dorywcze, praktyki energetyczne i duchowość. Była empatką, nieufną wobec społeczeństwa i aż do swojej śmierci w 2020 roku żyła pod pseudonimem, bez nekrologu ani pomnika upamiętniającego jej istnienie. Jej życie odzwierciedlało moją niestabilność, co sugeruje powszechną genetyczną predyspozycję do zaburzenia osobowości typu borderline nasilonego traumą.
To objawienie nie miało wyłącznie charakteru historycznego; to było głęboko osobiste. Teraz rozpoznaję czynniki genetyczne i środowiskowe, które ukształtowały moje zdrowie psychiczne. Gdyby moje korzenie były znane wcześniej, wczesna interwencja mogłaby złagodzić lata cierpień. Ale nawet teraz odkrycie jej historii dało mi coś bezcennego: poczucie przynależności do rodziny, nawet jeśli jest ona rozbita i niepełna.
Dziś stoję w prawdzie tego, kim jestem, w końcu uznając cichą część niej, która zawsze była we mnie. Przy wsparciu męża i powiększającej się rodziny odbudowuję fundament, który powinien był zostać położony w pierwszej kolejności. Przeszłości nie można cofnąć, ale jej sekrety nie kontrolują już mojej przyszłości.
To doświadczenie podkreśla długoterminowe konsekwencje przymusowej adopcji i znaczenie uznania traumy, jaką ona powoduje. Tylko skonfrontowanie się z tymi pogrzebanymi historiami możemy zacząć leczyć rany zadane przez przeszłe pokolenia.
